Dlaczego maluję, choć nikt mnie o to nie prosił
Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego robimy rzeczy, których nikt od nas nie oczekuje? Nikt nam za nie nie płaci (przynajmniej na początku), nikt nie wyznacza terminów, a szef nie zagląda przez ramię, pytając o raport z postępów. Robimy je po prostu dlatego, że... musimy. Bo gdzieś tam w środku coś nas uwiera, dopóki nie chwycimy za pędzel, aparat czy pióro. U mnie tym „czymś" jest malowanie. I choć nikt mnie o to nigdy nie prosił, to dziś nie wyobrażam sobie życia bez zapachu farb olejnych.
Świat w kolorze, nie w kresce
Moja przygoda z estetyką nie zaczęła się od wielkich galerii sztuki, ale od lasu. Od zawsze kochałem przyrodę – ten specyficzny rodzaj ciszy, który słychać tylko między drzewami, i te niesamowite pejzaże, które zmieniają się wraz z każdą minutą zachodzącego słońca. Ale wiecie, co fascynowało mnie najbardziej? Nie kształty liści czy anatomia drzew, ale kolory.

Zawsze urzekało mnie to, jak barwy wzajemnie na siebie oddziałują. Jak głęboka zieleń mchu przenika się z chłodnym błękitem cienia, jak złoto jesieni potrafi dosłownie „płonąć" na tle szarego nieba. Moje oko nigdy nie szukało konturu. Kiedy inne dzieci pieczołowicie szkicowały ołówkiem każdą linię, ja od razu chciałem nakładać plamy barwne. Rysowanie i szkicowanie zawsze wydawało mi się zbyt... techniczne? Suche? Ja chciałem koloru. Chciałem, żeby te barwy żyły, mieszały się i opowiadały historię bez użycia ani jednej ostrej kreski.
Od matrycy do płótna
Zanim jednak na dobre zaprzyjaźniłem się z płótnem, moją wielką miłością była fotografia. To był naturalny krok – próba zamknięcia tego zachwytu nad przyrodą w kadrze. Ale prawdziwa zabawa zaczęła się wtedy, gdy technologia pozwoliła nam na cyfrową edycję.
Kiedy po raz pierwszy odkryłem programy graficzne i suwaki odpowiedzialne za nasycenie, temperaturę czy balans kolorów, poczułem się, jakbym dostał klucze do magicznego ogrodu. Mogłem podbijać to, co widziałem w wyobraźni. Mogłem sprawić, by zachód słońca był jeszcze bardziej dramatyczny, a leśna mgła – bardziej tajemnicza. Byłem w swoim żywiole. Jednak mimo tej cyfrowej wolności, czegoś mi brakowało. Czegoś namacalnego. Faktury, oporu pędzla, brudnych rąk.
Moment, który zmienił wszystko: Prezent dla rodziców
Historia mojego malowania ma swój bardzo konkretny punkt zwrotny. Dawno temu postanowiłem sprawić rodzicom prezent. Kupiłem reprodukcję obrazu – piękna, sielankowa scena: dziewczyna i chłopak na plaży. Patrzyłem na ten obraz i nagle, zupełnie niespodziewanie, w mojej głowie pojawiła się myśl: „A gdybym spróbował zrobić to sam?".
Nie miałem wtedy wielkiego warsztatu, nie kończyłem akademii. Miałem tylko tę reprodukcję, zestaw farb olejnych i ogromną ciekawość. Chciałem stworzyć własną replikę, poczuć, jak to jest kłaść te wszystkie błękity nieba i ugry piasku na płótno.
I wiecie co? To był ten moment. Ta chwila, w której pędzel dotknął płótna, a ja poczułem zapach terpentyny i oleju lnianego, zmieniła wszystko. To było jak powrót do domu, o którym nawet nie wiedziałem, że istnieje. Ta replika stała się początkiem drogi, która trwa do dziś.
Bo nikt mi nie kazał... i to jest najpiękniejsze
Często słyszę pytanie: „Po co to robisz? Po co tracisz godziny na mieszanie kolorów, skoro możesz zrobić zdjęcie?". Odpowiedź jest prosta: maluję, bo nikt mi nie kazał.
W świecie zdominowanym przez „muszę", „powinienem" i „należy", malowanie jest moją przestrzenią absolutnej wolności. Nikt nie stoi nade mną i nie mówi, że ten las jest zbyt zielony, a niebo zbyt fioletowe. Maluję, bo kocham ten proces – od pierwszej plamy koloru, która wydaje się chaosem, aż po ten moment, gdy nagle z tego nieładu wyłania się pejzaż, który „czuję".
Malowanie uczy mnie cierpliwości i uważności. Pozwala mi wrócić do tych wszystkich chwil spędzonych w lesie i przeżyć je na nowo, warstwa po warstwie. To moja rozmowa z naturą, bez słów, za to z całą paletą barw.
A Ty? Co robisz, choć nikt Cię nie prosił?
Dziś, patrząc na moje obrazy, widzę w nich nie tylko drzewa czy wodę. Widzę w nich radość z odkrywania, jak żółć łączy się z błękitem, tworząc nieskończoną ilość odcieni nadziei. Widzę w nich tę samą pasję, która pchnęła mnie do namalowania tamtej pary na plaży lata temu.
Nie musisz być wielkim mistrzem, żeby tworzyć. Nie musisz mieć dyplomu, żeby kochać kolory. Czasem wystarczy po prostu impuls, jedna reprodukcja i odwaga, by spróbować.
Zachęcam Was dzisiaj do jednego: znajdźcie coś, co będziecie robić tylko dla siebie. Coś, o co nikt Was nie prosił, a co sprawia, że Wasz świat staje się odrobinę bardziej kolorowy. U mnie to farby olejne i pejzaże. A u Was?
Do usłyszenia przy następnym wpisie (pewnie znów będę miał ubrudzone ręce od farby)! :-)