Czy obraz musi coś znaczyć?

Kolorowa starówka – obraz olejny

Czy obraz musi coś znaczyć?

To pytanie wraca do mnie częściej, niż mogłoby się wydawać. Czy obraz musi opowiadać historię? Czy powinien nieść konkretny przekaz, manifest, ideę, którą widz ma „odczytać”? A może wystarczy, że po prostu… jest?

Świat sztuki od dawna kręci się wokół interpretacji. Jedni szukają symboli, inni tropią ukryte znaczenia, jeszcze inni próbują zajrzeć do głowy autora i odgadnąć jego intencje. I jasne. To bywa fascynujące. Czasem jeden obraz potrafi wywołać dziesiątki różnych emocji, a każda z nich mówi coś więcej nie tylko o dziele, ale też o osobie, która na nie patrzy.

Tylko czy to obowiązek?

W moim przypadku odpowiedź jest dość prosta: nie ma to większego znaczenia.

Oprawa obrazu olejnego w drewnianej ramie

 Z małymi wyjątkami oczywiście, bo czasem zdarza się impuls, temat, emocja, która sama pcha się na płótno i chce być czymś więcej. Ale najczęściej nie wiem, jaki będzie następny obraz. Nie planuję go w detalach, nie zapisuję koncepcji, nie tworzę map znaczeń.

Zamiast tego włączam muzykę. Najchętniej country rock- ma w sobie coś surowego, trochę drogi, trochę przestrzeni, trochę luzu. Zakładam słuchawki (choć nie zawsze) i pozwalam, żeby dźwięk zrobił swoje. I wtedy zaczyna się szukanie. Albo raczej pozwalanie, żeby coś się pojawiło.

Bez założeń, że „to musi coś znaczyć”.

Czy obraz ma mieć przekaz? To zależy, kogo zapytasz. Krytyk sztuki prawdopodobnie powie, że tak że dzieło powinno być nośnikiem idei, komentarzem do rzeczywistości, głosem w jakiejś sprawie. I pewnie znajdą się tacy, którzy się ze mną nie zgodzą (już widzę te miny i lekkie uniesienie brwi :-)).

Wiejski pejzaż z figurami – obraz olejny

Ale ja patrzę na to trochę inaczej.

Jeśli już miałbym mówić o przekazie, to dla mnie jest nim coś znacznie prostszego: piękno kolorów, które nas otaczają. Relacje między barwami. Energia, która pojawia się, kiedy zestawisz coś pozornie niepasującego. Światło, które nagle zaczyna „grać” na powierzchni obrazu.

To też jest komunikat.

Może mniej oczywisty, mniej „intelektualny”, ale bardzo bezpośredni. Trafia nie do analizy, tylko do oka. A czasem od razu gdzieś głębiej, zanim zdążymy to nazwać.

Bo czy naprawdę wszystko musi być tłumaczone?

Czasem wystarczy, że coś nas zatrzyma na chwilę. Że spojrzymy i poczujemy: „to jest przyjemne”, „to mnie uspokaja”, „to mnie intryguje”. Bez potrzeby rozkładania tego na czynniki pierwsze. Bez podpisów, przypisów i interpretacyjnych instrukcji obsługi.

Nie twierdzę, że jedno podejście jest lepsze od drugiego. Interpretacja potrafi otworzyć zupełnie nowe drzwi i zobaczyć rzeczy, których sami byśmy nie dostrzegli. Ale równie wartościowe jest pozwolenie sobie na odbiór intuicyjny, taki, który nie potrzebuje uzasadnienia.

Obraz nie musi niczego „udowadniać”. Nie musi być zagadką do rozwiązania. Może po prostu być doświadczeniem.

I jeśli ktoś zapyta mnie, jaki jest przekaz moich prac, odpowiem najuczciwiej, jak potrafię: jeśli już, to taki, żeby cieszyć oczy oglądającego. Reszta? To już historia, którą każdy może dopisać sobie sam.

I może właśnie w tym tkwi największa frajda. Jeśli szukasz ręcznie malowanych obrazów olejnych - do salonu czy jako wyjątkowy prezent - zapraszam do mojej galerii. Tu najlepiej to widać.